Anioł

 

A gdy najważniejsze były

wszystkie nasze dzienne sprawy

przysiadł niezauważony

na parkowej ławie

podparł głowę ręką

i ochłodził się nieco skrzydłem

westchnął ciężko

jego zwyczajność

mimo skrzydeł

nie ściągała niczyjej uwagi

jego spokój

też nie wzbudził w nikim trwogi

poszarzałe pióra

zdarte lotki

tylko te buty

od dawna niemodne

jakoś mocno

rzucały się w oczy



Armia

 

W poranku zmór zaciężnych

i przyziemnych rozkoszy

zbroi się armia

rycerzy cnót

oraz wad wszelakich

światowe towarzystwo

poszukujące cofnięcia w czasie

i średniowiecznych barykad

przeszkód nie do przebycia

i zwykłej łatwizny

ludzki zbiór

poszukiwaczy przygód

i bohaterów baśni

za rogiem czyha na nich

klepsydra całkiem ciepłych

nie zawsze strawnych dań



Czerwiec

 

Rankiem na początku lata

kryje kocie łby

w zaspanym mieście

szary pył

drobnych marzycieli

niesie nieprzeparta siła

w pędzie strąca czapki z głów

pot i rosę

w czerwone wino przemienia

i zalewa niczym fala

uderzając mocno w skronie

koi broczy płynie

a ten smak wolności

gorzko słony

w wargi piecze

i rozdyma nozdrza

spalenizny swąd

tu gdzie z Czarnolasu Jan

niemym świadkiem jest

i strażnikiem wiecznym

tu gdzie mogił niepotrzebnych

stoi długi rząd



dokąd udać się po burzy

gdy zatarła wszystkie drogi

gdy ślad żaden nie pozostał

by gdziekolwiek dotrzeć


jak znaleźć miejsce

które omija zawierucha

które nie jest już tylko samą nadzieją



Fala

 

Fala drobnych zdarzeń

rozbiła zmysłów filigranowy brzeg

i oto w mig

skołowaciał świat

zmącony wielobarwną bryzą

zaskoczony zmianą zasad

przyparty do muru

świat jakich wiele

za nami i przed

nieprzewidywalny

równy gość

który czasem

da popalić



Gołębie serce

 

Pod falującym dachem naszego życia

migoczą lotki skrzydeł

które dałeś nam Panie

by polecieć w nowy świat

gdzie ożywczy rześki wiatr

unosi na nich nasze myśli

w miejsca tak odległe i inne

których nikt jeszcze nie wymyślił

gdzie nikt do miłości

nie przykłada się wielce

i nikt czystości ślubów nie składa

bo nie musi

bo ma gołębie małe wielkie serce

co bije dla codziennych

naszych zwykłych spraw

i gości w naszych domach

nieustannie

tu

i teraz tam



Gorący podmuch zwiał mi wargi

Mówię od teraz bezgłośnie

Nie draznię nikogo

Chyba że rozwieszę swoje plakaty

Ale jeżeli nawet to zrobię

To i tak przeczytam je sam

Bo inny wiatr

Wywiał ludziom oczy



Kamienne nieba

 

W sercu stepowej burzy

przyplątał się obcy ląd

i ściąga kamienne nieba

nad nagość swoich pól

by zrosić je

kamiennym deszczem

i zmiękczyć serca

zatwardziałych dobroczyńców

panów tego świata



Niebo płacze

 

Otworzyło się Niebo

i zapłakało

stało się

słońce miłości niewyczerpanej

zgasło

deszcz łez

pytających

oczyszczających

tęskniących

modlących się

pełnych nadziei

zmienił się w morze

bezkresne prawie

a fale jego

unoszą nas

niczym posłaniec

by osiągnąć

Brzeg



Przychodzisz odtąd

Do mojej granicy

Wyczerpania



Zabiegana

Bez tchu prawie

Przychodzisz

Z dobrą nowiną



Rachunek sumienia

 

Niezauważenie, tylnym wejściem

wkradają się niepokoje

kołaczą niemo

do drzwi na wpół wyważonych

i plądrują dom

wgryzają się w ład

ścian od lat pobielanych

luster naszych dusz

strażników ciał

i nucą melodię

której słodki fałsz

odciska piętno

na najlepszych dniach

chcianych czy nie

lecz przeżytych

wrzuconych do worka

z napisem: Życie



Sen

 

Czy to sen

przymierza nieustannie

moje światy?

kładzie cień

na puchowej poduszce

drobnych zdarzeń?

to pewnie sen

puka śmiało

nim coś się wydarzy

i wymyka się tak

że nie wiem czy skończyłem

go śnić



Skrywam się wśród was

 

Bądź mi domem

lesie brzozowy

bądź mi obłokiem

z niebem sosnowym

w konarach dębu

daj zaszyć się zwyczajnie

ukołysz mnie wiatrem

gdy czas na opowieść znajdziesz

dziś całe moje

w Tobie skrywanie

raptem wyśnione

nieopisane

w innym wcieleniu

ma droga spełniona


płacząca wierzba

nad stawem

co kona



To już noc

W jej tajnym schowku

Znajduję dzień

Coraz częściej przychodzę do niej

I pożyczam co zechcę



Wiatr polny

 

Z wiatrem polnym

śmigasz nieprzytomnie

strącasz główki maku

kiedy przyszedł po nie czas

w dobroczynnym puchu światła

schylasz się gwałtownie

żeby podnieść okruchów garść

i rozdzielasz wszem i wobec

w poprzek bruzd i łanów

kolory i zapachy

dotąd nieznane

a strachy i chochoły

na ugorach stojące

poddajesz próbie ognia

i nie ma Cię

gdy gasić nadchodzi pora

a pożogi żar

wzmaga się nieustannie

taki z Ciebie fart



Wiatr

 

Wąskim brzegiem

tego świata

na którego chwiejnym tronie

zasiada noc

wędruje

niczym wieczny pielgrzym

wypełnia sobą żagle piękna

i napina liny wiary

niesie ulgę

gdy spękanej ziemi skroń

pulsuje z bólu

niesie pieśń

zza mórz

które kiedyś

przyjdzie czas

przemierzyć



Za siedmioma górami

 

Za siedmioma górami

szczenięcych lat

za siedmioma lasami

wiecznego słońca

słychać klekot

łąkowych łazików

słychać gwar

szerokoustych ślicznotek

z daleka niczym tętno

dobiega kojący głos

leśnego podrzutka

a mali powietrzni akrobaci

w czarno-białych kostiumach

pikują tuż nad ziemią

co niechybnie zwiastuje deszcz

pierwsze krople burzą świat

miniaturowych wędrowców

innym przynosząc ulgę

kolorowy wielki most

połączył oba brzegi

idę po nim

i nie czuję lęku